all Europa Polish

MIĘDZY MARSYLIĄ A PARYŻEM, czyli podróż na francuską prowincję

RSS20
Follow by EmailO
Facebook0
Google+0
http://polishgirltravels.pl/2016/02/15/miedzy-marsylia-a-paryzem-czyli-podroz-na-francuskaj-prowincje/
Twitter0
Pinterest0
INSTAGRAM0
Reading Time: 9 minutes

Z czym kojarzy się Francja? Nie wiem jak wam, ale jeszcze rok temu moje skojarzenia ograniczały się do wizerunku Paryża z filmu „Diabeł ubiera się u Prady” i tego, że Francuzi jedzą ślimaki i nie lubią anglików. Możliwe, że kiedyś słyszałam też coś o Marsylii i słynnym lazurowym wybrzeżu, choć przyznaję że jeszcze dwa lata temu nie byłam pewna czy to wybrzeże Morza Śródziemnego czy Oceanu.

Trudno właściwie dziwić się tym ograniczonym skojarzeniom skoro francuska infrastruktura turystyczna obejmuje niemal wyłącznie te dwa miasta. To tam przylatują tanie linie lotnicze, to te dwa miasta łączy linia TGV pokonująca dystans 800 km między nimi w 3 godziny… Paryż i Marsylia są niewątpliwie turystyczną etykietą Francji.

W Paryżu byłam w zeszłe wakacje, do Marsylii jeszcze nie dotarłam. Na razie wiem jedno – choć Paryż jest pięknym miastem, każdy bardziej lub mniej przeciętny turysta dużo traci jeżeli jedynym celem jego podróży do Francji jest stolica. Nie chcę jednak tego biednego turystę oskarżać o lenistwo. jedyne o co oskarżyć go mogę to brak informacji. Chociaż w tym przypadku pretensje należy mieć raczej do organizacji francuskiego transportu niż do niego.

Jeżeli nie dysponujemy prywatnym helikopterem, tudzież pokonanie kilku tysięcy kilometrów w samochodzie trochę nam jednak przeszkadza, kwestią niemal najistotniejszą w planowaniu podróży do miejsc oddalonych od międzynarodowego lotniska jest transport jaki dane państwo może nam zaoferować.

I choć Francja to, jak każdy wie, posiadacz jednego z najszybszych pociągów na świecie, to trzeba dodać, iż spektakularność tej informacji nie przekłada się za bardzo na jej praktyczne wykorzystanie. Pomijając już kwestie cen tego ultraszybkiego pociągu, które liczą sobie nieraz i grubo ponad 100 euro (co jest ceną wygórowaną nawet dla wielu mieszkańców Francji) to linie te łącza jedynie najważniejsze miasta francuskie, czyli oczywiście przede wszystkim… Paryż i Marsylię.

A czy we Francji nie ma autobusów? Oczywiście, że są. Aczkolwiek prywatne linie autobusowe powstały tam dopiero kilka lat temu i wciąż dopiero się rozwijają. I choć można trafić na niezwykle dobre oferty (ceny francuskiego transportu ustalane są jak bilety lotnicze, ich wartość zależy od dnia, a nie od ilości kilometrów) to próżno szukać autobusu, który wysadzi nas akurat gdzieś po środku jednego z jakże licznych terenów, na których nie ma dosłownie niczego pomiędzy dwoma znaczącymi miastami, których to terenów we Francji jest nadzwyczaj dużo.

Przyznam się nieskromnie, iż mnie osobiście udało się (choć nie bez drobnej pomocy) te niedogodności pokonać i dzięki temu mogę zabrać was dziś do krainy Narnii.

Drodzy czytelnicy, zapraszam was na podróż na francuską prowincję.

DSC_0842 (3)

EUROPEJSKA KRAINA DISNEYA , CZYLI NA PODGÓRZU FRANCUSKICH ALP

Listopad tego roku był niezwykle szary, deszczowy i mglisty. A ja, jak to ja, z moją anielską cierpliwością już po tygodniu tej zachęcającej pogody gotowa byłam pojechać nawet do Syrii (mówię „nawet”, bo ten kierunek nieszczególnie mnie obecnie pociąga) byle uciec od niedającej mi spokoju i dzień w dzień psującej mi humor szarugi. Miała wyjątkowe szczęście, iż akurat udało mi się dostać zaproszenie na projekt właśnie we Francji. Dużą zaletą projektów jest to, że nigdy nie odbywają się w dużych miastach tylko zwykle w niewielkich miejscowościach, do których nawet nie da się dotrzeć na własną rękę. A jeśli nawet nam się, to uda to jedyną opcją pozostaje nielegalny nocleg w namiocie na czyimś polu.

Na całe szczęście nasz (warto wspomnieć opóźniony o ponad 24h z powodu mgły (!) ) lot wylądował na lotnisku w Lyonie gdy było już zupełnie ciemno, więc jak można się domyślić widoki z okna samochodu, w którym po opuszczeniu terminalu spędziłam niemal godzinę, jadąc (jak podpowiadało mi przeczucie) z raczej nieprzepisową prędkością, nie były wcale powalające. No, właściwie to nie było ich wcale , chyba że liczyć moją odbijającą się w szybie twarz, ale nie wiem czy to kwalifikuje się jako piękny krajobraz.

Zamieszkaliśmy w niewielkim zameczku pośród pól winogron. Okazało się że za tymi kamiennymi murami co roku w czasie zbiorów mieszkają pracownicy pól zajmujący się zebraniem plonów i produkcją lokalnego wina.

Krajobraz roztaczający się dookoła zapierał dech w piersiach. Ciągnące się w nieskończoność połacie pól zamazujące się w oddali tworząc niewyraźne morze barw, zamykało monumentalne pasmo wschodnich Alp na horyzoncie, pośród których górował surowy szczyt Mont Blanc . Wszystko byłoby właściwie jak w bajce gdyby moja przyjaciółka nie uparła się, że koniecznie musi kupić sobie jakieś pamiątki w pobliskiej wiosce.

Dotarcie do owej wioski zajmowało w zasadzie więcej niż przekroczenie jej od początku do końca, ale na przestrzeni tych kilkuset metrów można było znaleźć niezbędne do życia elementy wyposażenia miasta tj. jedną piekarnię, jedną restaurację i jeden sklep.

Oczywiście poszukując „pamiątek” z tej jakże obszernej wsi (choć właściwie nie wiem jakich „pamiątek” spodziewała się moja przyjaciółka) musiałyśmy udać się oczywiście do sklepu. Zrobienie drobnych zakupów nie powinno należeć do najtrudniejszych rzeczy, gdyby nie poobiednia „przerwa” w funkcjonowaniu sklepu, która zmienia swoją długość zależnie od bliżej nieokreślonych czynników. Dlatego też zakupy w oddalonej o nie więcej niż 15 minut wiosce udało się nam zrobić dopiero za trzecim podejściem odczekawszy na placu zabaw przed sklepem w sumie co najmniej 1,5 godziny, z czego rekordowe 40 minut spędziłam huśtając się na odrobinkę tylko za małym drewnianym koniku, by w końcu dowiedzieć się od przemiłego kelnera w restauracji, że dziś jest święto narodowe i sklep będzie zamknięty. Chociaż jakby się nad tym zastanowić to sama jestem sobie winna, bo podświadome założenie, iż 11 listopada to dzień wolny tylko i wyłącznie w Polsce było raczej krótkowzroczne…

DSC_0753 (3)

PUSTYNIA W CENTRUM FRANCJI

Mniej więcej 400 km (czyli na francuskie standardy jakieś 3 godziny drogi ) na południe od Paryża w samym środku „francuskiej pustyni” – terenów, na których rzeczywiście nie ma praktycznie nic poza drobnymi wioskami i niekończącymi się polami uprawnymi znajduje się Clermont-Ferrand, największe miasto w tej części kraju i stolica centralnego regionu Francji- Auvergne. Już samo położenie Clermont czyni z niego miasto trochę zagubione i tajemnicze… Wrażenia tego dodają wygasłe wulkany tworzące niskie pasmo górskie szczelnie otaczające Clermont. Góry te są inne niż monumentalne pasma Alp przy wschodniej granicy, czy gęsto zalesione góry regionów południa. Stoki gór pokrywają trawiaste połacie, gdzieniegdzie opadające w dół tworząc niewielkie kotliny. Pasą się na nich swobodnie biegające owiec z hałaśliwymi dzwoneczkami na szyjach.

IMAG5024

Miasto jest niewielkie, niezbyt wystawne. Króluje tu prosta architektura, tak klasycznie francuska, że od samego początku chwyciła mnie za serce. Uliczki są wąskie, niskie kamienice upstrzone równo ułożonymi oknami skrytymi za ciężkimi, drewnianymi okiennicami pomalowane są na ciemne, nieco przytłaczające kolory. Choć jest słonecznie, wąziutkie przesmyki między budynkami pokrywa cień. Mroczny charakter centrum potęgują wszechobecne salony tatuażu i niewielkie uliczne puby, miejsca spotkań studenckiej młodzieży oraz charakterystyczne budowle z czarnej, wulkanicznej cegły. Wśród nich króluje monumentalna gotycka katedra na wysokim pagórku, w samym centrum miasta.

Co ciekawe na przestrzeni 700 km pomiędzy Paryżem a Tuluzą, Clermont-Ferrand, wielkością podobne do dolnośląskiej Legnicy, jest jedynym większym miastem. Zresztą, jedynym także ośrodkiem uniwersyteckim. Coś co wydaje się szczegółem nabiera znaczenia kiedy wyobrazimy sobie, że na trasie Zakopane – Gdańsk jedynym miastem, do którego można dostać się środkami komunikacji publicznej i które ma jakiekolwiek uczelnie wyższe jest miasto wielkości… Legnicy.

IMAG5034

OPUSZCZAMY LAZUROWE WYBRZEŻE, CZYLI FRANCJA POŁUDNIOWO-ZACHODNIA

Środkowe regiony kraju to nie jedyny opustoszały teren na mapie Francji. Podobne cechy wyróżniają też znaczącą część południa kraju. To ogromne, mało ludne tereny ciągnące się od Marsylii do położonego nad oceanem Bordeaux, z wyjątkiem jednego liczącego się miasta – Tuluzy. Granicę z Hiszpanią pokrywa pasmo Pirenejów, górzystych terenów nie brakuje jednak także w centrum regionu.

Dostanie się do jednego z malutkich, zagubionych miasteczek południowej Francji, będącego z powodów rodzinnych jednym z celów mojej podróży było niezwykle trudne. Nie jeżdżą tam żadne pociągi, autobusy ani inne środki transportu. Można liczyć co najwyżej na kierowców gotowych zabrać ze sobą autostopowiczów.

SaintPons-de-Thomières to jedno z takich właśnie miasteczek. Jego centralną część stanowi charakterystyczna gotycka katedra. Przed nią, na niewielkim placu, na co dzień otwiera się targ. Za stojącymi nieco nierównomiernie stoiskami uśmiechnięci, wykrzykujący po francusku sprzedawcy oferują najprzeróżniejsze rodzaje sera, pieczywa, owoców i przetworów. Szczególnie dużą przestrzeń stoisk z owocami zajmują melony, jedne z najpopularniejszych produkowanych na południu Francji owoców, na które sezon przypada właśnie w lecie kiedy to żaden posiłek absolutnie nie może być pozbawiony tego soczystego owocu.

A skoro jesteśmy już przy temacie posiłków, to nigdzie indziej jak właśnie na prowincji można poznać smak prawdziwej kuchni francuskiej. W tych regionach o wiele bardziej rozpowszechniona jest dziczyzna, często upolowana wcześniej przez jednego z członków rodziny. Istotną część dnia stanowią dwa potężne posiłki – déjeuner , czyli jedzony około 12:00 lunch oraz wieczorny dîner. Oba składają się z co najmniej pięciu dań, co podobno jest normalne, bo z tymi ilościami jedzenia radzą sobie nawet dzieci. No cóż, ja nie dałam rady i mój nieprzyzwyczajony do takich ilości pożywienia organizm odmówił posłuszeństwa już po tygodniu.

Codzienny posiłek nie jest pozbawiony przystawki, na którą składają się bagietka oraz dodatki np. przypominająca parmeńską szynka czy właśnie pokrojony melon. Później podaje się główne danie po którym następuje degustacja podanych na tacy serów. Niektóre z nich Francuzi jedzą z ułożonymi na nich kostkami czekolady. Później przychodzi czas na jogurty, które są we Francji tak popularne, że w sklepie nie sprzedaje się opakowań mniejszych niż sześciopaki. Deser, czyli zazwyczaj ciasto, następuje zaraz po tym, a na koniec każdy dostaje kawę. Do posiłku pije się wino, czasem tez inne alkohole, nawet dzieci nierzadko dostają rozcieńczony z wodą trunek.

Ten sam rytuał powtarza się wieczorem tego samego dnia. Nie wiem jak wy, ale ja w tym momencie zaczęłam się zastanawiać jak wygląda w takim razie bożonarodzeniowy czy wielkanocny obiad i jak wszystkie Pani nie wychodzące poza rozmiar XS mieszczą ogromne krwiste steki wielkości połowy talerza… No cóż, choć Francja jest mi szczególnie bliska niektórych rzeczy nie zrozumiem chyba nigdy.

IMAG5085

Południowe regiony Francji to także teren pełen niezwykłych widoków i krajobrazów, zdający się być niemalże krainą jak z bajki, prawie całkiem oddzieloną od „wielkiego świata”. Jedyne liczące się miasta to Tuluza, Carcassone oraz Béziers, można tam dostać się z ważniejszych miejsc Francji jak Paryż czy np. Marsylia, nieco trudniejsze ale również dostępne pozostają mniejsze miasteczka jak Albi czy Castres. Poza tym górzyste tereny zajmują głównie drobne wioski oraz potężne tereny pastwisk i pól uprawnych. Ludzie wiodą bardzo spokojne życie, może nawet trochę nudne. Styl życia jest też bardziej tradycyjny. Mężczyźni pracują na farmie, często w tym regionie przy hodowli owiec na polach, na zakup których biorą często spore kredyty, niektórzy prowadzą własne (często rodzinne) przedsiębiorstwa, wielu w wolnym czasie poluje. Kobiety rzadko pracują zawodowo, życie na wsi nie jest drogie, więc kobieta nierzadko ma możliwość rezygnacji z pracy na rzecz prowadzenia domu. Właściwie znalezienie takiej pracy nie jest też łatwe, w małych miasteczkach mają one szansę co najwyżej na drobną karierę urzędniczą albo stanowisko w sklepie czy restauracji.

Wbrew pozorom, obowiązek jakim jest organizacja gospodarstwa domowego wcale nie należy do najprostszych. Niektóre z zamieszkałych wsi oddalone są od najbliższego średniej wielkości sklepu o co najmniej 10 km, więc nie można raczej liczyć na to iż nasz nastoletni syn wyskoczy do marketu i kupi mięso na obiad. Zawsze trzeba zatem zadbać, by potrzebne produkty były w domu przez cały tydzień aż do następnych zakupów. Mam dziwne wrażenie, że konieczność takiej organizacji przerosłaby moje możliwości.

Zamieszkująca w tym rejonie młodzież ma szansę dokończyć edukację na poziomie liceum w jednym z większych miast np. Castres, chcąc jednak uzyskać wyższe wykształcenie jedyną możliwością jest Tuluza, często jednak młodzi ludzie tuż po maturze opuszczają rodzinne domy by udać się do zupełnie innego regionu. Najambitniejsi szukają możliwości na studia i karierę zawodową w Paryżu, będącego niestety jedynym ośrodkiem we Francji umożliwiającym prawdziwy rozwój kariery.

 

IMAG5051
Cité de Carcassonne

 

Francja pozostaje jednym z najbardziej zróżnicowanych i urozmaiconych pod względem stylu życia krajów jakie do tej pory widziałam. Trudno nawet podać tradycyjne francuskie danie, tak bardzo różnią się między sobą kuchnie regionalne. Mieszkańcy Paryża wiodą często luksusowe życie w potężnej europejskiej metropolii, podczas gdy dla mieszkańców małej wioski z południu podróż do stolicy ich własnego kraju to jakby polecieć z wycieczką na Marsa. Najsilniejszą chyba łączącą francuzów cechą jest moim zdaniem godny podziwu kult własnego języka. Pomimo, iż Paryż to jedno z wielu typowo międzynarodowych miast, gdzie mówiąc po angielsku można jeszcze jakoś się porozumieć to Francuzi wciąż niezmiennie wyznają zasadę, jak odpowiedział w wywiadzie francuski rugbysta Chabal na zadane przez reportera pytanie, czy można zapytać go o coś po angielsku – „Jesteśmy we Francji. Mówimy po francusku”

Tytułem zakończenia chcę tu przekazać drobną wskazówkę, iż jeżeli postanowicie, drodzy czytelnicy, któregośdnia odkryć co znajduje się między Marsylią a Paryżem (do czego zresztą serdecznie zachęcam) nie tylko dobrze zaplanujcie, którymi środkami transportu zamierzacie tę podróż odbyć ale bądźcie świadomi, że nie możecie liczyć na to, iż wasz idealnie choćby płynny angielski przyda się wam tam do czegokolwiek. Jeżeli jednak przypadkiem mówicie po francusku (do czego przy okazji także zachęcam) spodziewać się możecie niezwykłej serdeczności i miłego przyjęcia jakiego mało kto jadący do Francji kiedykolwiek się spodziewał.

IMAG5040 - Kopia
Minerve

 

 

RSS20
Follow by EmailO
Facebook0
Google+0
http://polishgirltravels.pl/2016/02/15/miedzy-marsylia-a-paryzem-czyli-podroz-na-francuskaj-prowincje/
Twitter0
Pinterest0
INSTAGRAM0

5 comments

  1. Byłem w zeszłym roku w południowej Francji co prawda tylko kilka dni, ale muszę przyznać, że tamtejsze wioski i miasteczka zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie ( w przeciwieństwie np do Marsylii).

  2. Skargi na uciazliwosc TGV doprowadzily do budowy ekranów akustycznych wzdluz niektórych odcinków linii wysokich predkosci, lecz wciaz zdarzaja sie protesty w miejscach, gdzie nie zastosowano jeszcze tego rozwiazania

  3. |Jak zawsze ciekawy tekst! Twoje notki to, mowiac calkiem serio, kawal dobrego dziennikarstwa. Chetnie przeczytam kolejne publikacje na BLOGTITLE. Pozdrawiam

  4. |Fajny tekst! Jak tylko znowu bede mial chwile wolna, nie wiem, w weekend, swieta etc. to wpadne tutaj znowu, zeby przeczytac inne Twoje wpisy. Pozdrawiam

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>